SCHIZOFRENIA NASZYCH CZASÓW

Z powodu społecznych uwarunkowań mamy ogromną ilość tak zwanych silnych facetów i dzielnych kobiet, którzy potrafią kontrolować swoje życie. Są jak żołnierze na wojnie. Mają strategie i założenia. Silni faceci i dzielne babki giną na wojnie jak muchy wpadając w depresje, chorując i umierając. Ich światło za życia ledwo się tli lub całkiem gaśnie. Nieliczni są odważni. Tak odważni, żeby nie bać się miłości, tak odważni, by odsłonić swoje światło i świecić nim do końca swoich dni.

Robert należał do grupy mężczyzn poszukujących. Coś głęboko w środku stale motywowało go do doświadczania siebie w różnych relacjach. Najbardziej inspirowały go relacje z kobietami. Oprócz stałej żony miewał kochanki, średnio dwie w roku. Każdą z nich był zachwycony na początku, a następnie, kiedy już wypracował pewien standard oblicza jakie miał w tej relacji, przychodziło znudzenie wypracowaną przez siebie kreacją i szukał nowego związku, w którym mógłby zaistnieć w trochę inny sposób. Testował za każdym razem jak się czuje w wykreowanej przez siebie roli. Był już doskonałym kochankiem, był najmądrzejszym ojcem dzieci, był wielkim biznesmenem, był wrażliwym chłopcem, był uduchowionym mistykiem i zimnym draniem, był posłusznym uczniem i był mistrzem. Po pewnym czasie przychodziło nasycenie daną funkcją i następował odwrót. Zmianę swoją motywował zwykle jakimś argumentem przeciwko kobiecie, z którą był w relacji. Tak jak potrafił się nią zachwycić, tak w jednej chwili potrafił ją sobie obrzydzić. Obrzydzał na tyle skutecznie, że już nigdy nie wracał. Jednocześnie wyraźnie czuł, że staje się bogatszy o nowe doświadczenia. Nie wszystko mógł powiązać w spójną całość, bo pomimo niewątpliwego rozwoju, nie mógł osiągnąć spokoju i jasności widzenia. Tłumaczył to sobie tym, że po prostu nie chce. Nie chce być człowiekiem w pełni oświeconym, bo wtedy przestanie mu się wogóle chcieć. Poza tym jeśli będzie człowiekiem oświeconym, to będzie znał konsekwencje swoich czynów, a to może mu zamknąć drogę do kolejnych doświadczeń. A może u podstaw tych wszystkich wątpliwości leżał strach, że kiedy człowiek oświecony przestaje się bać, to także akceptuje śmierć i wtedy ta śmierć przychodzi? I tak zapewne wszystko sprowadzało się do strachu przed śmiercią. W związku z tym bardzo sobie cenił odczucie błogości, które go wypełniało w trakcie medytacji z wodą. Zanurzał się głęboko w siebie, a tam znajdował - miłość. Nie było tam strachu. Im częściej popadał w stan błogości tym bardziej nabierał przekonania, że wielkimi krokami zbliża się COŚ. Jego umysł włączał gorączkowe rozumowanie. Jeśli to COŚ to śmierć? Śmierć też ma swoją siłę. Dlatego jest taki silny i skuteczny. Właściwie to czuł w sobie nieograniczoną moc. Rzucał się w wir pracy nad pomnażaniem majątku. Żeby zdążyć zabezpieczyć rodzinę, zanim przyjdzie ostatecznie to COŚ. Bardzo mocno stąpał po ziemi i władał ludzkimi emocjami zostając jednocześnie cynicznym obserwatorem własnych poczynań. Żeby zmniejszyć poziom napięcia, jakie wywoływała w nim, niestety ale jednak, świadomość konsekwencji jakie wynikają z jego działań, poszukiwał filozofii, którymi mógłby wytłumaczyć ten "żart egzystencji". Kiedy nasycił już swój rozum odpowiednią formułą, rozluźniał się na tyle, by móc wejść beztrosko w kolejne doświadczenie. Ale prawa kosmiczne są nieprzebłagane. Każda następna relacja zmierzała prosto jak strzała, do celu, bliżej i bliżej. Radosna kreacja zamieniała się w odkrycie coraz głębszej warstwy jego istnienia. Kiedy zaczynał świecić tym silnym światłem środka, z przerażeniem zakopywał je czym prędzej. Naprawdę kochał i nienawidził. Wielbił to uczucie i niszczył. Robert miał dwa wyjścia. Mógł pozostać tak silny, by kontrolować to uczucie do końca swych dni, lub mógł pozostać tak odważny, by pozwolić temu CZEMUŚ nadejść.
Kiedy zdecydujesz, że odpuszczasz kontrolę i z ufnością przyjmujesz to co przychodzi do Ciebie, to tak jakbyś popłynął z nurtem egzystencji i wtopił się w jej mądrość.
Może boisz się, że kogoś utracisz, a może boisz się, że z kimś zostaniesz na dłużej? Cały czas wtedy walczysz. Walczysz z powodu strachu, bo wydaje Ci się, że umrzesz jak nie będziesz się bronił. Że umrze Twoje przekonanie o sobie, umrą Twoje zasady, do których przywykłeś, rutynowe czynności, a w końcu cały umrzesz. Tymczasem giną tylko walczący, jak to na wojnie bywa. Ci, którzy płyną z nurtem i mówią TAK temu co się przydarza, są rozluźnieni. Człowiek zrelaksowany nie wpada w chorobę, nie przydarzają mu się wypadki, bankructwa, nie odczuwa depresji. Może z łatwością dostrzegać szczegóły, łatwo koncentruje się na działaniu, wykorzystuje okazje, zauważa piękno tego świata. Społeczeństwo trochę boi się takich ludzi. Nie wydają się być ?normalni?. Jeśli chcesz być ?normalny? raczej powinieneś przyjąć zasady panujące wokół, to znaczy jednoczyć się w bólu i cierpieniu. Tylko głupi się cieszą i śmieją, a Ty przecież nie jesteś głupi. Tak właśnie dajemy się wciągnąć w wielką manipulację przyjętych zasad i ?świętości? przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Gdybyś tak przestał się bać? Zaufał. Ona/on odejdzie, a Ty będziesz patrzył na to ze spokojem i akceptacją. Co się zmieni w porównaniu do stanu kiedy bałeś się, że odejdzie i walczyłeś ze wszystkich sił, by to się nie stało? Może karmiłeś się iluzją, że masz władzę zatrzymać kogoś na siłę, wbrew jego woli? Może nawet ten ktoś został z Tobą ciałem, ale nie ma go duchem, jest nieobecny, a Wasza relacja nie wnosi nic rozwijającego dla kogokolwiek z Was. A teraz zaakceptowałeś, że nastąpiła zmiana i ufasz, że przyniesie Ci nowe wydarzenia, nowe relacje. Jesteś ciągle rozluźniony i pozwalasz każdemu człowiekowi być swobodnym, nawet jeśli zauważyłeś że popełnia błąd. Jeśli zapobiegniesz popełnieniu przez niego błędu, wstrzymasz możliwość jego własnego rozwoju. Jeśli pozwolisz mu, bez lęku, wróci do Ciebie mądrzejszy, dojrzalszy, a Wasza relacja zyska utraconą wcześniej jakość. Jeśli nie wróci, bo zyskał nową jakość, prawdopodobnie była niezbędna do jego rozwoju, a Ty nie mogłeś mu tego dać. Możesz nie pozwolić mu odejść, trzymać się kurczowo, manipulować, grać, walczyć i wpędzać się w choroby. Żyjesz podle i tworzysz wokół siebie kiepską jakość. Cały czas przerażony generujesz złe wydarzenia. Często pomimo wojny, ktoś i tak odchodzi, a Ty pozostajesz w ?czarnej dziurze? rozpaczy. Nie wierzysz, że los ma dla Ciebie coś lepszego w zanadrzu. Nie ufasz. Pogrązasz się w strachu, w chorobie. Dokonując takiego wyboru nie widzisz nurtu życia, nie zauważasz okazji i zbiegów okoliczności. Mówisz życiu NIE.
A kiedy boisz się, że ogarnie Cię miłość, odkrywająca całą duszę przed drugą osobą, że stopicie się w jedności odczuwania, to boisz się, że stanie się częścią Ciebie i kiedyś będziesz musiał ją utracić, utacić kawałek siebie, a może całość i to znów będzie śmierć. Patrz więc punkt wyżej na temat strachu przed odejściem.
Kiedy nie boimy się, możemy kochać. Skaczemy na ?główkę? do wody i jesteśmy w ekstazie życia. Niesie nas prąd, a my świecimy światłem, olśniewamy i piękniejemy. Jesteśmy tacy zdrowi, a świat nam się kłania. Oświeceni?
Rozwijamy się poprzez relacje. Jeśli będziesz powstrzymywał rozwój lub chociażby akceptował brak rozwoju, będziemy chorym społeczeństwem równającym w dół. Będziemy walczyć o własne piekło do utraty sił. Może lepiej swoje siły zainwestować w doskonalenie rozwiązań prawnych i finasowych, aby podstawą pozostawania w związku nie było zagrożenie bytu. Możemy wpływać na postęp cywilizacji rozwijając siebie i płynąc z prądem, a nie pod prąd. Życzę więc pomyślnych wiatrów.