Lęk przed szaleństwem i zrzucanie starych struktur, choroby

 „W poprzednim rozdziale wskazałem na to, że lęk przed szaleństwem rodzi się, gdy ego jest zalane lub przytłoczone podnieceniem lub uczuciem. Musi to jednak nastąpić, jeśli ma nastąpić rozwój. Wąż zrzuca swoją skórę, a krab - swój pancerz w procesie wzrostu. A my, ludzie, musimy przebić się przez stare schematy, jeśli chcemy się rozwijać. W czasie przemiany organizm jest wrażliwy. Istnieje ryzyko. Jednak wszystkie żywe organizmy akceptują to ryzyko jako część natury i procesów życiowych. Dlaczego nasi pacjenci tak bardzo się boją?

            Winnicott znał odpowiedź na to pytanie. Powiedział, że „Kliniczny lęk przed załamaniem jest lękiem przed załamaniem, które zostało już wcześniej doświadczone”. Po czym dodaje: „Jest to fakt, który nosimy w sobie, w naszej nieświadomości”. Waga tej obserwacji staje się widoczna, gdy odniesiemy ją do wszystkich sytuacji życiowych. Jak mówi przysłowie: „Kto się na gorącym sparzy, ten na zimne dmucha.”. Dziecko nie boi się gorącego pieca, dopóki się nie poparzy. Jeśli doświadczenie narodzin było traumatyczne w tym sensie, że stanowiło zagrożenie dla życia dziecka, to później każda sytuacja, która wymaga narodzin lub powstania czegoś nowego, będzie sią wiązała z ogromnym lękiem.

            Pytanie, zadane na początku tej książki, brzmi: Dlaczego uczymy się na niektórych traumatycznych wydarzeniach, a na innych nie? Żadne dziecko, które poparzyło się, nie będzie powtarzało tego doświadczenia. Neurotycy, jak widzieliśmy, powtarzają tę samą traumę na okrągło. Jeśli doświadczenie załamania zawarte jest w nieświadomości, rzutuje ono również na przyszłość. System obrony ego, który został utworzony w przeszłości w celu zaprzeczenia traumie i miał służyć jako obrona przed przyszłym jej powtórzeniem, staje się magnesem przyciągającym wydarzenie, którego chcieliśmy unikać. Opisałem to jako działanie losu.

            Łatwo jest to wyjaśnić, biorąc pod uwagę istnienie lęku przed załamaniem. Energia włożona w mechanizm obronny, zmniejsza tolerancję ciała na pobudzenie. Obrona oznacza raczej strukturę niż ruch. Symbolizuje bardziej stan zamrożenia niż poruszania się. Zmniejsza ilość pobudzenia i uczucia, licząc, że w ten sposób zapobiegnie powodzi, która mogłaby przytłoczyć ego i spowodować załamanie. Ogranicza bycie, by je ochronić. Jednak to wywołuje lęk przed załamaniem, ponieważ organizm naturalnie dąży do rozwoju życia, bycia i wykorzystania swego potencjału. Ciało jest zorientowane na życie i szuka sposobów, by zwiększyć swój stan pobudzenia, nawet kosztem przytłoczenia lub wystraszenia ego. Może to łatwo doprowadzić do powstania błędnego koła, w którym każdy wysiłek włożony w rozwój jest od razu hamowany przez wzrost osłony w strukturze obronnej. Stanowi to przeciwieństwo cyklu rozwoju opisanego powyżej. Bez zmiany w charakterze osoby i jego bycia nieustannie powraca on do punktu, w którym załamanie jest nieuchronne. Może ono przyjąć postać choroby somatycznej lub psychicznej.

            Być pełnym życia, oznacza pozwolić sobie ponieść się fali uczuć. Daje to możliwość ruchu i szczytowych doświadczeń. To typ reakcji orgastycznej. Jednak takie emocjonalne reakcje nie powinny być zbyt częste. Jeśli osoba nieustannie zalewana jest falą ekscytacji, granice self i ja zacierają się. Osoba traci poczucie swojej tożsamości i psychoza jest realnym zagrożeniem. Szczególnie wrażliwe jest słabe ego. Silne ego może podtrzymać i pomieścić większy poziom pobudzenia, nie tracąc przy tym swych granic. Jednak nawet ono może zostać przytłoczone, jeśli nasilenie uczucia narasta. Zdrowe ego może sobie pozwolić na chwilowy zalew uczuć bez żadnej szkody. Każda rzeka od czasu do czasu wylewa i zatapia okoliczne tereny. Jeśli dzieje się tak stale, brzegi ulegają destrukcji i z rzeki powstaje jezioro. Jednak jezioro jest statyczne, podczas gdy rzeka płynie. Jednym z paradoksów życia jest to, że przepływ musi zostać ograniczony, aby ruch utrzymał się.

Przemyślenia te sugerują, że kiedy pacjent  porzuci swą obronną postawę, doświadczy w pewnym stopniu uczucia szaleństwa lub obłędu. Oczywiście „oszaleć” na żądanie nie oznacza prawdziwej niepoczytalności, ale jest jej wystarczająco bliskie, aby pacjent był świadomy, że lęk przed załamaniem jest prawdziwy, że istnieją stłumione uczucia w osobowości, które zagrażają ego i można przekroczyć linię dzielącą racjonalizm od irracjonalizmu oraz powrócić, nie narażając się. Obudzenie silnych uczuć u pacjenta z osobowością borderline, której ego jest słabe, może w efekcie doprowadzić do czasowego „załamania”. Jeśli pobudzenie jest zbyt silne, może on „wściec się”,. Nie stanowi to żadnego zagrożenia dla pacjenta, jeśli terapeuta jest świadomy takiej możliwości, nie panikuje i może pozostać z pacjentem, aż pobudzenie osłabnie. Zachowanie pacjenta jest potem znowu racjonalne Poprzez to doświadczenie otwiera się na pewne silne uczucia, które następnie mogą być zintegrowane z jego osobowością, wzmacniając ego i zwiększając bycie. W ten sposób pacjent zwiększa swą tolerancję na pobudzenie i emocje, zmniejszając szansę przeżycia załamania w przyszłości.

Przełom i załamanie nie są nigdy dalekie od siebie w toku terapii, ponieważ załamanie pewnych mechanizmów obronnych ego musi nastąpić, aby mógł mieć miejsce przełom. Jednakże przełamywanie obrony ego nie jest odpowiednim celem terapii. Taka obrona musi zostać uszanowana, chyba że osoba może pomóc pacjentowi skutecznie radzić sobie ze stresem w życiu codziennym. Załamanie ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do przełomu. Potrzeba tu wglądu oraz zintegrowania nowych uczuć w osobowości. Integracja oznacza zaakceptowanie tych uczuć oraz wyrażanie ich w pełnym porozumieniu z ego.

            Jedna z moich pacjentek nie mogła krzyczeć podczas terapii, chociaż  w domu krzyczy na dzieci i na męża. Jest to reakcja histeryczna, wbrew jej woli, a ego nie bierze udziału w tym działaniu. Kobieta nie krzyczy celowo, ale czuje się do tego sprowokowana. „Kiedy krzyczę, czuję się jak wariatka. To mnie kompletnie wykańcza.”. Dlatego czuje się jak szalona. Mimo to musi krzyczeć, by dać ujście panicznemu strachowi, który tkwi w jej wnętrzu. Jako dziecko była terroryzowana i dlatego ma pełne prawo do krzyku. Integracja wymagałaby tutaj, aby kobieta zaakceptowała fakt, że wewnętrznie jest „wrzeszczącą wariatką”. Wcześniej doświadczyła przytłoczenia swym strachem i doprowadziło ją to do szaleństwa. Doszło do załamania. Kiedy już pojawiła się akceptacja, kobieta nie mogła dłużej być „kompletnie wykończona”. Mogła zachować swoją tożsamość jako osoba, która była sterroryzowana i doprowadzona do stanu „wrzeszczącej wariatki”. To z czego została wyprana było jej fałszywą tożsamością, czyli tożsamością osoby spokojnej i racjonalnej. Sztuczna tożsamość stanowiła zaprzeczenie jej prawdziwej istoty, co zwiększało wrażliwość na lęk przed załamaniem.

            U przeciętnego pacjenta neurotycznego lęk przed załamaniem jest ukryty za pozornie pewnym i stabilnym ego. Gdyby zapytać takiego pacjenta, czy kiedykolwiek pomyślał, że może zwariować, najczęściej odpowie, że nie. Jednak odpowiedź ta jest zdemaskowana poprzez istnienie jego problemu. Każdy neurotyk tłumi uczucia, które mogłyby przytłoczyć ego, jeśliby narosły z pełną siłą. Mówiąc prościej, każdy pacjent może „oszaleć” i boi się, że „oszaleje”, jeśli w pełni „podda się” swoim uczuciom. Utrzymuje swoją poczytalność i poziom pobudzenia w granicach tolerancji. Staje na straży swoich uczuć, aby upewnić się, że te granice nie zostaną przekroczone. Opierając się na tych granicach, może być przekonanym, że nie odczuwa lęku przed szaleństwem. Jednak obecność ochrony zdradza leżący pod nią lęk. Osoba buduje system ochronny tylko, jeśli się boi.

            Zachowanie zbyt racjonalne (względnie pozbawione uczucia) lub zbyt kontrolowane (brakuje mu spontaniczności) może przykrywać leżący pod spodem lęk przed szaleństwem. Osoba nie może w pełni i z lekkością poddać się swym uczuciom, tak więc jej bycie jest poważnie ograniczone. W tym wypadku można zachęcać osobę, by zachowywała się trochę jak szalona, czyli puściła kontrolę nad umysłem i straciła głowę.

            Używam kilku prostych ćwiczeń, aby pomóc pacjentowi wejść w stan świadomości swego lęku. Muszą być dopasowane do pacjenta i jego aktualnej sytuacji. Na przykład dla pewnego mężczyzny, którego wzorzec napięcia mięśniowego wyrażał się w słowach „Zostawcie mnie w spokoju”, ćwiczenie obejmowało uderzanie nogami w łóżko, walenie pięściami oraz krzyczenie: „Zostawcie mnie w spokoju.”. Podczas tego ćwiczenia poprosiłem go również, aby wykrzykiwał słowa: „Doprowadzacie mnie do szaleństwa.”. Zrobił to, po czym powiedział: „Na Boga, to prawda. Strofowała mnie tak bardzo, że doprowadzała mnie tym do ostateczności.”. Kontynuował, opisując cechy matki, które wyjaśniały jego osobowość. „Była tak zdezorientowana, że nie wiedziałem, co jest prawdą. Nigdy nie mogłem do niej dotrzeć logiką lub przez rozsądek. Uzbroiłem się przeciw jej szaleństwu i możliwości wystąpienia mojego szaleństwa.”. Kiedy zapytałem na czym prawdopodobnie mogło polegać jego szaleństwo, odrzekł: „Oszalałbym i zabiłbym ją; byłbym morderczo wściekły. Ale zawsze byłem pewien, że to nie przydarzy mi się nigdy.” Później dodał ze smutkiem: „I wiem teraz, dlaczego nigdy nie pozwalam, by mój gniew wybuchł. Naprawdę boję się, że zwariuję.”.

Jeśli zgodzimy się z argumentem Winnicotta, to lęk przed załamaniem oznacza, że takie załamanie miało już miejsce w przeszłości. Mówiąc prościej, osoba zamyka drzwi od stajni po tym, jak ukradziono jej konia, a nie przed. Pozorny paradoks można wytłumaczyć faktem, że jeśli nie nastąpi żadna kradzież, nie pojawi się wtedy potrzeba ani nawet myśl o zamknięciu drzwi. Ludzie nie wznoszą obrony przeciwko niepojętemu niebezpieczeństwu. W przypadku pacjenta ważne jest, aby uświadomił on sobie, że załamanie miało miejsce, że jego obrona jest zaprzeczeniem tego faktu i środkiem bezpieczeństwa przeciwko przyszłym załamaniom. Jak widzieliśmy, obrona sama w sobie przygotowuje jednostkę na taką okoliczność.

Załamanie, które miało miejsce w przeszłości, zostało przezwyciężone wysiłkiem woli. Było doświadczone jako uczucie zdezorientowania, przytłoczenia oraz utraty granic. Osoba czuła, że rozpada się. Było to przerażające. Wzięła się w garść wysiłkiem woli i wciąż scala części siebie, broniąc się przeciwko obawie przed rozpadnięciem się na kawałki lub przed lękiem oraz byciem przytłoczenia przez życie. Wola działa poprzez mięśnie celowo, napinając te odpowiednie, by zapewnić konieczną kontrolę. Pacjent ten dodał jeszcze: „Zdaję sobie sprawę, że walczyłem, aby utrzymać głowę prosto. Dlatego moje mięśnie szyi są tak bardzo rozwinięte.”

Innym ćwiczeniem jest uderzanie głową o łóżko, wypowiadając słowa: „Nie wytrzymam tego. Doprowadzacie mnie do szaleństwa.” Lub: „Nie zniosę tego. Zwariuję.” Są to dość popularne wyrażenia, które można usłyszeć od przeciętnego człowieka. Według mnie, odzwierciedlają one świadomość symbolizowaną przez język. Każde uczucie, które jest zbyt intensywne, aby mógł go tolerować organizm, zagraża poczytalności pacjenta. Wychodząc poza granice umysłu, można doświadczyć bólu, lęku, cierpienia lub nawet pożądania. Gdy ego i  jego granice zostają zniszczone, rezultatem jest dezorientacja, utrata panowania nad sobą oraz samokontroli. W miarę jak jednostka usiłuje stłumić uczucie w sobie, staje się to nie do wytrzymania. Musi dojść do uwolnienia, nawet kosztem chwilowej utraty przytomności umysłu. W tym momencie dzieci walą głową o ścianę. Jest to sposób na rozładowanie napięcia w tylnej części szyi. Gdy pacjenci wykonują to ćwiczenie, wyczuwają tam napięcie i stają się świadomi uczucia, które muszą znosić, mimo że sytuacja ta jest udręką. Niemożność jej zniesienia oznacza szaleństwo. Często pacjenta zaczyna rozumieć, co było tą udręką.

Pewien młody mężczyzna opisał to w następujący sposób: „Moja matka patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, jakby oczekiwała, że ją ocalę. Jednocześnie było coś uwodzicielskiego w jej spojrzeniu. Czułem, że ocalenie jej oznacza kochanie się z nią. Byłem jednocześnie podniecony i przerażony. To była udręka. Nie odważyłem się na nią zareagować, ale nie mogłem też od niej uciec”. To prawie doprowadziło go do szaleństwa. Chcąc zapobiec temu załamaniu, stał się „martwy”. Jest on jednym z przypadków opisanych w poprzednim rozdziale.

Aby ukazać ten lęk występujący u pacjentów neurotycznych, często pytam ich, czy kiedykolwiek czuli lub myśleli, że zwariują. Niektórzy przywołują konkretną sytuację, jeśli lęk ten jest świadomy. Pewna kobieta opowiedziała o dwóch takich doświadczeniach. Drugie z nich zaszło, kiedy miała ona trzydzieści lat. Powiedziała: „Zakochałam się w księdzu. Uczucie podniecenia w moim ciele było niezwykle silne. Było to podniecenie seksualne i nie mogłam okazać go księdzu. Leżałam na łóżku i czułam, jak energia narasta tuż pod skórą i usiłuje się wydostać, a ja nie mogę jej uwolnić. Potem czułam strach i ogarniała mnie rozpacz. Myślałam, że się załamię nerwowo. Modliłam się do Boga o pomoc.”

 Fragment książki Aleksandra Lowena pt. "Lęk przed życiem"