Dziewczyna i wiatr

Za górami, za miastami żyła dziewczyna nie piękna, ale dobra. Miała jasne, błyszczące oczy jak dusza. Mieszkała w chacie, gdzie zawsze paliło się w piecu i nie brakowało tu nawet miodu. Panem jej był wiatr. Naturę miał porywczą, choć często studził rozpalone latem czoło. Dziewczyna układała zerwane liście, czesała potargane gałęzie, gładziła wodę i czekała. Wiatr wpadał, pohuczał, zakręcił i znikał - zwykle przez okno. Wiatr nie miał w domu drzwi, bo przez drzwi ludzie wchodzą i wychodzą... Dziewczyna przyklejała więc nos do szyby i czasem machała na wiatr. Jej tęskne oczy śpiewały, ale wiatr nie słyszał.

Kiedyś przechodził tamtędy księżyc, który zobaczył swój blask w jej oczach. Zachwycił się. Tak zimno mu było na ciemnym niebie, więc zniżył się do okna, by chociaż trochę ogrzać ręce przy ogniu. Dziewczyna stała oczarowana pełnią księżyca. Tak wolno kroczył i blisko, że posrebrzał jej kontur ust i poświatą gładził dłonie. Ale minął, nim nastał dzień. Kiedy wrócił wiatr, porwał ją znów w szalone pląsy i w chwilę potem odleciał. Nocą dziewczyna już czekała na jasną twarz księżyca. Przyłożyła ręce do szyby, by je posrebrzył. Księżyc czuł ciepło tych rąk i patrzył w oczy tak długo, że zobaczył duszę. Przestraszył się. Jeszcze przed świtem zniknął. Myślał jednak o tym cały dzień i kiedy tylko zorza zachodu poczerwieniała, wrócił. Ta dusza grała melodię, którą znał ze swoich wędrówek po niebie. Znów patrzyli za sobą, przez szybę. Rozśpiewana dziewczyna układała mech, czesała trawę i dokładała drew. Kiedy wpadł jej pan - wiatr, śmiała się srebrzyście, i pląsy dziewczyny bardzo mu się podobały. Wieczorem znów czekała przy oknie. Przyszedł, lecz było go mniej. Księżyc cierpiał cały dzień. Śnił, że w domu dziewczyny zbudował drzwi. Ognia wziął tyle, że zamienił się w słońce. Tej nocy zasłonił się, by przypadkiem nie spłonąć. Dziewczyny ręce szukały poświaty, a usta przylgnęły do szyby. Wtedy dusze ich zagrały tą samą melodię. Niósł się jeszcze rankiem czysty dźwięk, osiadał jak krople rosy i ginął jak ginie mrok gdy nastaje dzień. Następnej nocy było go jeszcze mniej i mniej... Dziewczyna krzyczała: - Nie bój się! Nie ma tutaj drzwi!
Ale księżyc chciał być tylko księżycem, więc pewnego razu w ogóle nie przyszedł.
Popłynęła dziewczynie łza.
A wiatr, jak to wiatr - fruwał i tańczył, i suszył krople blasku w oczach dziewczyny. Nie słyszał co jej w duszy gra, ale lubił jak wypełnia każdy kąt, jak dogląda ognia...
To tylko bajka, która nadal trwa...
Tymczasem księżyc wędrował po bezkresnym niebie. Widziano go po drugiej stronie kuli jak świecił pełnią. Zachwycali się tym światłem myśliwi, bo nocą widzieli zwierzynę. Śpiewali do niego zakochani. Składali mu hołd bojaźliwi. Czuł się panem nieba. Miał wolność, miał żar, którym mógł obdarzać miliony istot.
Jednak tor jego ruchu był ciągle taki sam. Powracał w te same miejsca. Księżyc słabł. Był bledszy i było go mniej. Otaczał go mrok i zły sen.
Przypomniał sobie o dziewczynie, która dokładała drew. Ukradkiem zajrzał do środka. Znów usłyszał melodię, którą znał. Znów zobaczył jej twarz wpatrzoną w okno, ale ręce zaciskały się na piersiach skrzyżowane. Musiała bardzo chronić ogień, który ledwo drgał. Duma, która mieszkała z nią w chacie, zawiesiła w oknie zasłonę.
Księżyc zapłakał.
Był tak blisko szyby, szukał ognia, szukał rąk, wołał: chcę ci coś dać!
Dziewczyna krzątała się po izbie. Zbierała każdą słomkę, każdy suchy listek. Starannie otulała ogień. Coraz jaśniej było przy niej. Grzał się wiatr. Nabierał sił. Odwiedzały ją zmarznięte, słabe i chore, którym śpiewała o różnych ścieżkach i drogach. A one wylatywały w cztery strony. Zostawiały jej szacunek.
Zobaczył to księżyc i mimo bólu zniżył się jak mógł najmocniej. Szepnął: proszę pomóż, wiem co chcesz bym ci dał.
Wyciągnęła dziewczyna ramiona do szyby i popłynął ogień jak czar. Poświata posrebrzyła jej głos, i wyśpiewała niebo gwiazd. Wyśpiewała dobre sny i jasne noce.
Królowała synergia.
Nie było okna, nie było drzwi, nie było domu. Mariaż rozpłynął się. Dziewczyna była światłem.