PUMA

Leżałam w wilgotnej gęstwinie dzikich roślin bez sił. Wokół był mrok. Nie wiedziałam czy jest noc, czy drzewa w dżungli są tak wysokie, że zasłaniają całe światło. Nie chciałam tu zostać, ale mogłam tylko leżeć na boku. Może to rosa była na mojej twarzy, a może płacz. Kiedy z trudem otworzyłam oczy ? zobaczyłam otwartą paszczę z czerwonym językiem. Serce podeszło mi do gardła. To można jeszcze bardziej się bać? Zobaczyłam wpatrzone we mnie oczy, a reszta zlewała się w czerń. W końcu rozpoznałam: to była puma. Nadszedła moja ostateczna śmierć. Opuściłam głowę na ziemię czekając na cios. Ona jednak nie zrobiła żadnego gestu. Siedziała z otwartym pyskiem. Po co tu przyszła? Jeszcze jeden kłopot. Więcej nie mogę. Leżałam tak znów długi czas. Otworzyłam oko. Ciągle tu była. Widać nie chciała mnie zjeść. Jej oczy miały w sobie jakąś miłość i cierpliwość. Ona wyraźnie na mnie czekała. Uniosłam się słabo na jednej ręce. Miała smukłą sylwetkę i białe zęby. Piękna i straszna. Miałam ochotę posłuchać jej, ale zachwiałam się i znów upadłam. Niestety nie mogę z nią nigdzie pójść, nie mam sił. Pewnie teraz zdenerwuje się i mnie zje, albo przynajmniej zaryczy. Ale ona dalej siedziała obok mnie. Nie pamiętam ile czasu minęło. Poczułam, że ruszamy w jednym kierunku ? ona kilka kroków przede mną. Czasami odwracała łeb sprawdzając czy podążam za nią. Pokonywałyśmy zarośla i haszcze. Było ich coraz mniej. Miałam cztery łapy i długi ogon. Zaczęłyśmy biec. Prawie zrównałyśmy się. Wybiegłam na wielką bezkresną równinę. Właśnie wstawało słońce. Piersi wypełniała mi wolność. Zaczynało się polowanie.