Łania

W wielkim lesie żyła łania o wielkich brązowych oczach. Różniła się od stadnych łań. Nie umiała dzielić się jeleniem i kiedyś odeszła, by szukać słonecznych polan i soczystych listków. Biegała po mchu i wśród paproci, a czasami musiała pokonać szosę. Ludzie, którzy widzieli ją z okien samochodów wpatrywali się oczarowani jej pięknem, majestatycznym krokiem i odwagą. Każdemu, kto zaświecił reflektorem, odważnie patrzyła prosto w twarz. Przyglądała się łania metalowym klatkom, bladym twarzom i znikała na drugim brzegu lasu.
Często łapała w nozdrza wiatr i pędziła przez łąki do zimnych strumieni, wysokich drzew i zielonych traw. Widywały ją stadne łanie, lecz szybko zawracały, aby ich drogi nie przecięły się. Za łaniami podążały jelenie.
W ciemnym lesie bywało, że padał deszcz. Strumienie zamieniały się w rwące rzeki i wir plątał jej smukłe nogi, a drzewa poszarpane przez wiatr raniły jej grzbiet. Szukała schronienia. Jakże wtedy pamiętała ciepło stadnych łań... Kiedyś spotkała jelenia. Zdawało się jej, że ma ciemną grzywę i wielkie rogi. Był samotny, tak jak ona. Kiedy podbiegła blisko - zobaczyła, że z szyi ścieka mu krew. Jego ryk był przepełniony bólem. Nie długo byli szczęśliwi. Postrzelony byk w końcu padł. Wielką mają moc ludzie w metalowych klatkach. Wróciła więc do miejsca gdzie szosa przecinała las. Tam wyciągnęli do niej ciepłą rękę, szeptali z zachwytem. Chwyciła w nozdrza ich podziw i ich tęsknotę za lasem. Mali ludzie składali hołd dostojniej lani. Potem wsiedli w metalowe klatki i odjechali. Nie chcieli strzelać. Właśnie wstawał dzień. Łania pobiegła asfaltową drogą dopóty prowadziła ku słońcu, a gdy szosa skręcała łukiem, przeskoczyła lekko rów i zniknęła w wysokich trawach bezkresnych łąk.